Nigdy nie marzyłam o wspaniałych zaręczynach. Wzruszających, pięknych. Takich, o których się opowiada historyjkę po latach, rozczulając otoczenie i wzbudzając zazdrość. A takie miałam!
Nigdy nie marzyłam o dużym, niesamowitym weselu. Z biała suknią, tłumem gości. Kwiatami, prezentami, olbrzymim tortem i przyśpiewkami. Zdarzyło się tak, że takie miałam.
Nie byłam typową dziewczynką, zdecydowanie. Ale o jednym marzyłam, odkąd pamiętam: o córce. Właściwie nie marzyłam. Ja byłam zawsze zupełnie, spokojnie pewna, że córkę mieć będę. Nikt nie był w stanie tej pewności we mnie zachwiać. Tym bardziej, że w domu zawsze słyszałam - "Córka to córka, do rodziny zawsze wróci. Syna wychowuje się dla rodziny żony". Dodam, że mam dwóch braci. Obaj obłędnie kochani i żaden w rezultacie nie potwierdził tych słów :) A są już od dawna dorośli i sparowani. A jednak - córka to córka...
W piwnicy mam pudło. W nim skarby zbierane dla córki. Skarby, które pamiętają mnie dzieckiem - moje lalki, liściki, kolorowe karteczki. Sukienka uszyta przez mamę na bal ósmoklasistów (taki był kiedyś, naprawdę :) ). Sukienka ze studniówki. I ta najważniejsza - przerobiona sukienka ślubna mojej mamy, założona przeze mnie na poprawiny własnego wesela. Biżuteria po babci. Pamiętniki... Wszystko dla niej, dla tej przyszłej.
Kiedy okazało się, że Trollowi dynda coś między nogami, byłam w 14 tygodniu ciąży. Szybko przestawiliśmy się na chłopca, szczęśliwi niebotycznie z powodu zbliżających się narodzin pierwszego dziecka. Będzie starszy brat. Dla przyszłej siostry, oczywiście. Tak myśleliśmy. Urodził się wspaniały i bardzo chłopięcy. Mój cudowny mały mężczyzna. Poznałam miłość matczyną, chociaż nie była ona ani łatwa, ani oczywista od pierwszego oddechu. Za to była i jest cudowna. Wszechobecna i obezwładniająca.
Troll rósł. W chłopięcym świecie. Rosłam i ja z nim - zafascynowana i uczestnicząca w tym chłopięcych cudownościach. Zawsze byłam trochę chłopczycą, pasował mi ten obcy świat, który mogę poznać od podszewki. Fascynowało to, że bez naszego wskazywania i popychania, w Młodym ujawniały się stereotypowo chłopięce cechy. Ukochanie autek (olewał zabawy misiami, lalkami, gotował czasem ze mną, ale bez szału), piłki nożnej, superbohaterów. Mój mały, doskonały mężczyzna. Najwspanialszy na świecie.
I nadszedł dla nas czas na kolejne dziecko. Początkowo, przerażona różnymi wydarzeniami, które spotkały nas po drodze do drugiego malucha, myślałam tylko - bądź, bądź, zostań ze mną, po prostu bądź! A później nieśmiało pojawiała się myśl - bądź... córeczką. Gdzieś poza mną, gdzieś, gdzie nikomu nie dawałam zajrzeć, co sama zaprzeczałam przed światem. Ale ta myśl była, głęboko we mnie, i wstydliwie nie wyglądała na światło dzienne. Podsycały ją rozmowy ze spotkanymi ludźmi. W warzywniaku: "To teraz czas na dziewczynkę!" W pracy: "Życzę ci córeczki!" Podczas spotkania ze starymi znajomymi: "Oby była córeczka tatusia". Długo czekaliśmy na słowa lekarza - "Drodzy państwo, to dziewczynka!" Wychodziłam z gabinetu jako triumfator. Nie mogłam odkleić uśmiechu z twarzy. Jeszcze dziś, kiedy o tym piszę, czuję ten wzbierający w piersi balonik ze szczęściem. Ona, ona, ona. Od maleńkości wymarzona. Córeczka, córunia, córcia. Moja! Kupowałam ubranka dziewczęce, sukieneczki, dodatki. Wszyscy uśmiechali się i gratulowali. Och, jacy byli uśmiechnięci i gratulujący! Och, jacy szczęśliwi!
A potem nastała cisza w eterze. Cisza śmieszna i upokarzająca, bo dotycząca tak mało ważnej rzeczy jak płeć. Nie zdrowie, nie wspaniały rozwój, ale płeć właśnie. Miesiąc przed porodem, kiedy maluszek się obrócił głową w dół, usłyszałam: "Wie pani, maluch wywinął nam psikusa. To jednak chłopiec - tu widać jajeczka". Cisza. To, co poczułam, zawstydzać mnie będzie do końca życia. Kiedy dzwoniłam do wszystkich i informowałam o pomyłce lekarza - w słuchawce za każdym razem zapadała cisza. Chwilowa, przykryta później, ale cisza. Ile razy słyszałam - "Oj, nie udało się?" "Szkoda, że nie dziewczynka" "Trzeba będzie jeszcze próbować". Każde współczucie, każde kiwanie głową z litością - było dla mnie jak kopniak w mój obolały od cichego, wstydliwego płaczu brzuch. Chłopiec. Drugi. I jaki wstyd, że mi tak źle. Chłopiec...
A lekarz powiedział, że to koniec, basta, to ostatnie i nie ma mowy o następnym. Nie wolno i już. Więc na tym się skończy, myślałam. Na tym będzie koniec z moimi marzeniami, moimi pudłami w piwnicy. Koniec.
I urodził się on. Do ostatniej chwili, kiedy pokazali mi najpierw aż sine jajeczka, a dopiero potem głowę, miałam nadzieję, że wszyscy lekarze świata się pomylili. I że to nie chłopiec. Ale nie - nie pomylili się. To był chłopiec. Tak wspaniały, że zachwyciłby gwiazdy same, tak śliczny, że zawstydziłby słońce. Najcudowniejszy, malutki, cały mój. Ufny. Tak grzeczny, tak spokojny, jakby bał się, że musi na moją miłość zasłużyć. A nie musiał - po prostu był. Jak z Trollem do miłości musieliśmy dojrzeć, tak z Niedźwiedziem nie było dojrzewania - był wybuch, spektakularny i tak głośny, że chyba słychać mnie było w całym kosmosie. On był idealny! Idealny!
Nie będę mogła porozmawiać z dzieckiem o Krainie Lodu (mimo że starszy już oglądał) - słucham o Lego Ninjago i wiem, kim jest Kai! Nie uszyję lalki szmacianki, bo moj dziecko biega z figurkami transformersów. Nie zbuduję domku dla lalek z zielonymi okiennicami. Doskonale znam się za to na parkingach i sterowanych samolotach. Nie dla mnie wystawy lalek porcelanowych - biegam z chłopakami na zjazdy starych aut i sprzętu wojskowego. Jestem w tym MISZCZEM!
Czy mi żal? Tak, czasem. Są małe chwile, kiedy słyszę znowu od obcych: "Dwóch chłopców? Oj, nie udało się?" Albo widzę małą, śliczną dziewczynkę z zaplecionymi misternie włosami i wiem, ze ja takiego warkocza nie zrobię. Jest ułamek sekundy, kiedy wchodzę do sklepu dziecięcego i ciągle jeszcze odwracam wzrok od działu dziewczęcego. Czy się tego wstydzę? Nadal tak. Czuję, że nie powinnam tak myśleć i czuć. Wiem, że jest ogromna część osób, która mnie za to oceni, nie zrozumie... Czy czuję się gorsza, bo nie mam córeczki? Nie byłabym w stanie czuć się gorsza,kiedy przytulają się do mnie tacy wspaniali mężczyźni! I wszyscy trzej oni w domu kochają mnie najbardziej na świecie. Jestem niezwykle wyróżniona! Czy zamieniłabym któregoś z moich pięknych chłopców na piękną dziewczyneczkę, której mogłabym splatać włosy? Nigdy w życiu! A pudła w piwnicy? Może doczekają wnuczki :)
Czytaj dalej »
Nigdy nie marzyłam o dużym, niesamowitym weselu. Z biała suknią, tłumem gości. Kwiatami, prezentami, olbrzymim tortem i przyśpiewkami. Zdarzyło się tak, że takie miałam.
Nie byłam typową dziewczynką, zdecydowanie. Ale o jednym marzyłam, odkąd pamiętam: o córce. Właściwie nie marzyłam. Ja byłam zawsze zupełnie, spokojnie pewna, że córkę mieć będę. Nikt nie był w stanie tej pewności we mnie zachwiać. Tym bardziej, że w domu zawsze słyszałam - "Córka to córka, do rodziny zawsze wróci. Syna wychowuje się dla rodziny żony". Dodam, że mam dwóch braci. Obaj obłędnie kochani i żaden w rezultacie nie potwierdził tych słów :) A są już od dawna dorośli i sparowani. A jednak - córka to córka...
W piwnicy mam pudło. W nim skarby zbierane dla córki. Skarby, które pamiętają mnie dzieckiem - moje lalki, liściki, kolorowe karteczki. Sukienka uszyta przez mamę na bal ósmoklasistów (taki był kiedyś, naprawdę :) ). Sukienka ze studniówki. I ta najważniejsza - przerobiona sukienka ślubna mojej mamy, założona przeze mnie na poprawiny własnego wesela. Biżuteria po babci. Pamiętniki... Wszystko dla niej, dla tej przyszłej.
Kiedy okazało się, że Trollowi dynda coś między nogami, byłam w 14 tygodniu ciąży. Szybko przestawiliśmy się na chłopca, szczęśliwi niebotycznie z powodu zbliżających się narodzin pierwszego dziecka. Będzie starszy brat. Dla przyszłej siostry, oczywiście. Tak myśleliśmy. Urodził się wspaniały i bardzo chłopięcy. Mój cudowny mały mężczyzna. Poznałam miłość matczyną, chociaż nie była ona ani łatwa, ani oczywista od pierwszego oddechu. Za to była i jest cudowna. Wszechobecna i obezwładniająca.
Troll rósł. W chłopięcym świecie. Rosłam i ja z nim - zafascynowana i uczestnicząca w tym chłopięcych cudownościach. Zawsze byłam trochę chłopczycą, pasował mi ten obcy świat, który mogę poznać od podszewki. Fascynowało to, że bez naszego wskazywania i popychania, w Młodym ujawniały się stereotypowo chłopięce cechy. Ukochanie autek (olewał zabawy misiami, lalkami, gotował czasem ze mną, ale bez szału), piłki nożnej, superbohaterów. Mój mały, doskonały mężczyzna. Najwspanialszy na świecie.
I nadszedł dla nas czas na kolejne dziecko. Początkowo, przerażona różnymi wydarzeniami, które spotkały nas po drodze do drugiego malucha, myślałam tylko - bądź, bądź, zostań ze mną, po prostu bądź! A później nieśmiało pojawiała się myśl - bądź... córeczką. Gdzieś poza mną, gdzieś, gdzie nikomu nie dawałam zajrzeć, co sama zaprzeczałam przed światem. Ale ta myśl była, głęboko we mnie, i wstydliwie nie wyglądała na światło dzienne. Podsycały ją rozmowy ze spotkanymi ludźmi. W warzywniaku: "To teraz czas na dziewczynkę!" W pracy: "Życzę ci córeczki!" Podczas spotkania ze starymi znajomymi: "Oby była córeczka tatusia". Długo czekaliśmy na słowa lekarza - "Drodzy państwo, to dziewczynka!" Wychodziłam z gabinetu jako triumfator. Nie mogłam odkleić uśmiechu z twarzy. Jeszcze dziś, kiedy o tym piszę, czuję ten wzbierający w piersi balonik ze szczęściem. Ona, ona, ona. Od maleńkości wymarzona. Córeczka, córunia, córcia. Moja! Kupowałam ubranka dziewczęce, sukieneczki, dodatki. Wszyscy uśmiechali się i gratulowali. Och, jacy byli uśmiechnięci i gratulujący! Och, jacy szczęśliwi!
A potem nastała cisza w eterze. Cisza śmieszna i upokarzająca, bo dotycząca tak mało ważnej rzeczy jak płeć. Nie zdrowie, nie wspaniały rozwój, ale płeć właśnie. Miesiąc przed porodem, kiedy maluszek się obrócił głową w dół, usłyszałam: "Wie pani, maluch wywinął nam psikusa. To jednak chłopiec - tu widać jajeczka". Cisza. To, co poczułam, zawstydzać mnie będzie do końca życia. Kiedy dzwoniłam do wszystkich i informowałam o pomyłce lekarza - w słuchawce za każdym razem zapadała cisza. Chwilowa, przykryta później, ale cisza. Ile razy słyszałam - "Oj, nie udało się?" "Szkoda, że nie dziewczynka" "Trzeba będzie jeszcze próbować". Każde współczucie, każde kiwanie głową z litością - było dla mnie jak kopniak w mój obolały od cichego, wstydliwego płaczu brzuch. Chłopiec. Drugi. I jaki wstyd, że mi tak źle. Chłopiec...
A lekarz powiedział, że to koniec, basta, to ostatnie i nie ma mowy o następnym. Nie wolno i już. Więc na tym się skończy, myślałam. Na tym będzie koniec z moimi marzeniami, moimi pudłami w piwnicy. Koniec.
I urodził się on. Do ostatniej chwili, kiedy pokazali mi najpierw aż sine jajeczka, a dopiero potem głowę, miałam nadzieję, że wszyscy lekarze świata się pomylili. I że to nie chłopiec. Ale nie - nie pomylili się. To był chłopiec. Tak wspaniały, że zachwyciłby gwiazdy same, tak śliczny, że zawstydziłby słońce. Najcudowniejszy, malutki, cały mój. Ufny. Tak grzeczny, tak spokojny, jakby bał się, że musi na moją miłość zasłużyć. A nie musiał - po prostu był. Jak z Trollem do miłości musieliśmy dojrzeć, tak z Niedźwiedziem nie było dojrzewania - był wybuch, spektakularny i tak głośny, że chyba słychać mnie było w całym kosmosie. On był idealny! Idealny!
Nie będę mogła porozmawiać z dzieckiem o Krainie Lodu (mimo że starszy już oglądał) - słucham o Lego Ninjago i wiem, kim jest Kai! Nie uszyję lalki szmacianki, bo moj dziecko biega z figurkami transformersów. Nie zbuduję domku dla lalek z zielonymi okiennicami. Doskonale znam się za to na parkingach i sterowanych samolotach. Nie dla mnie wystawy lalek porcelanowych - biegam z chłopakami na zjazdy starych aut i sprzętu wojskowego. Jestem w tym MISZCZEM!
Czy mi żal? Tak, czasem. Są małe chwile, kiedy słyszę znowu od obcych: "Dwóch chłopców? Oj, nie udało się?" Albo widzę małą, śliczną dziewczynkę z zaplecionymi misternie włosami i wiem, ze ja takiego warkocza nie zrobię. Jest ułamek sekundy, kiedy wchodzę do sklepu dziecięcego i ciągle jeszcze odwracam wzrok od działu dziewczęcego. Czy się tego wstydzę? Nadal tak. Czuję, że nie powinnam tak myśleć i czuć. Wiem, że jest ogromna część osób, która mnie za to oceni, nie zrozumie... Czy czuję się gorsza, bo nie mam córeczki? Nie byłabym w stanie czuć się gorsza,kiedy przytulają się do mnie tacy wspaniali mężczyźni! I wszyscy trzej oni w domu kochają mnie najbardziej na świecie. Jestem niezwykle wyróżniona! Czy zamieniłabym któregoś z moich pięknych chłopców na piękną dziewczyneczkę, której mogłabym splatać włosy? Nigdy w życiu! A pudła w piwnicy? Może doczekają wnuczki :)

