niedziela, 6 listopada 2011

Pomóżcie - czyli dlaczego jeszcze nie ma zdjęć pokoju Trolla po remoncie

Kochane, muszę Wam się do czegoś przyznać. Mianowicie Troll mój kochany już od dawien dawna, czyli jakiś 3 miesięcy, śpi w swoim osobistym, wyremontowanym pokoju. Tym, którym miałam się pochwalić jak tylko remont dobiegnie końca. Ale ja się uparłam, żeby pokazać Wam go dopiero wtedy, kiedy będzie skończony w 100%. Jakiś czas czekałam na przedmiot, który miał być kropką nad "i". I doczekałam się - przyszło do mnie okno ze starej kamienicy! Jestem nim zachwycona, mam dla niego miejsce przygotowane, ale tu zaczęły się schody. Mianowicie mam dwie zagwostki dotyczące tego okienka i nie mogę się zdecydować, co zrobić, dlatego też nie robię nic ;)

Pierwsza z nich brzmi - czy wytłuc szybki w oknie? Z jednej strony mam pomysł, co mogłabym w te wytłuczone szybki włożyć, służyłyby za ramki. Z drugiej - trochę żal mi tych okienek, może zdjęcia w te miejsca wkleić?... Co o tym myślicie? Poradźcie, bo sama chyba nigdy sie za to nie zabiorę!


Druga zagwostka polega na tym, ze nie mam pomysłu, jak zawiesić okienko. Gdybym szybki wytłukła to sprawa byłaby trochę prostsza, bo mąż by mi haki zamontował, żeby okno na głowę mojego Trolla nie spadło. Ale bez tego mam lipę i nie wiem co robić. Liczę na Wasze podpowiedzi, bo wiele osób tutaj jest obeznanych z tematem remontowym do bólu :)

A poza tym odkryłam blog, który zmusił mnie wręcz do pieczenia! Mnie! Osobę, która tylko najprostsze rzeczy jest w stanie upiec (a najlepiej wychodzi mi pieczenie... aniołów, które już właśnie siedzą w piekarniku ;)). Tym razem zabrałam się za muffinki cytrynowe i jestem zachwycona efektem! TUTAJ jest przepis - gwarantuję, ze niebo w gębie! (tylko jedna uwaga - ja mam piekarnik gazowy i zdecydowanie trzeba w nim krócej piec muffinki, tak 17 minut, hehe).


Lecę korzystać z pięknej pogody, pobiegamy z chłopakami nad naszym jeziorkiem, może jakieś kaczki spotkamy jeszcze. Miłej niedzieli życzę!!!!

Ps. Pisałam dzisiaj komentarz na blogu Kasi od filcaków, że nie znoszę weryfikacji słownej i sama się wkurzam, jak takowa na blogu jest. Przy czym Qrka dzisiaj napisała mi, że... sama taką weryfikację na blogu mam włączoną!!!! Nie miałam o tym pojęcia, przepraszam Was bardzo za ten kłopot! Qrko, dziękuję za zwrócenie mi na to uwagi! Już wyłączone, gdyby kiedyś się jeszcze pojawiła - bardzo proszę o informację! :)

środa, 2 listopada 2011

Książkowa zabawa

Cieszę się, że ostatnia podróż palcem po mapie Wam się podobała. Ale nawet od oglądania albumu z podróży trzeba się oderwać i wrócić do naszej jesiennej rzeczywistości. A tu wieczory długie, ciemne, chłodne. Więc jak obronić się przed wszechobecną chandrą? Dla mnie sposobem jest ciepły koc, dobra książka i zielona herbatka. 

Wszystko w porządku, spokój, cisza, ale... Przeczytałam w swoim życiu mnóstwo książek, bo jestem od nich uzależniona w stopniu wybitnym i nieuleczalnym. Przenoszą mnie w świat, do którego bez czytania nie miałabym dostępu. Pozwalają przeżywać emocje, których nie mogłabym sobie nawet wyobrazić. Jestem w nich poszukiwaczem przygód, dziewczynką porzuconą przez rodziców, mężczyzną kochającym za bardzo... Mam magiczne moce, miłością przenoszę góry, nienawiścią ścieram w pył wrogów! Bez książek byłabym zupełnie uboga i żal mi ludzi, którzy nie lubią czytać, bo tracą bardzo dużo!

A teraz przejdę do tego "ale". Mianowicie proponuję zabawę, która może nam uprzyjemnić jesienne wieczory. Chciałabym, żeby każda z Was poświęciła jeden post na odkrycie przed resztą pięciu swoich ulubionych książek. Tylko pięciu! Chodzi właśnie o to, żeby zastanowić się, które są godne tego miana. Ponieważ przeczytałam sporo książek, czasami brakuje mi pomysłu, co mogę wypożyczyć. Może dzięki Waszym zwierzeniom trafię na jakąś pozycję, która stanie się moją ulubioną? :) 

Nie wiem, czy zabawa się przyjmie, pierwszy raz proponuję coś takiego, ale mam nadzieję, że chociaż kilka osób się w to wciągnie :)

Zaczynam od siebie oczywiście.



1. "Wichrowe Wzgórza  " E. Bronte - od kilkunastu lat czytam ją każdej jesieni. Nie ma lepszej książki na ciemne wieczory, kiedy głucho i cicho! Miłość, pasja, zawiść... wszystko w cudownej pustce wrzosowisk. Emocje tak niesamowite, że aż bolesne! Ech, nie mogę uwolnić się od tej książki :)

2. "Kości Księżyca  " J. Carroll - jak zwykle u tego wspaniałego pisarza, przejście między światem realnym a tym ukrytym w naszej podświadomości. Dużo magii, ale takiej, która otacza nas na co dzień. I niekoniecznie tej dobrej. Podróż gdzieś do środka siebie, w celu zwalczenia ukrytych tam potworów. Cudowności i wzruszenia, strach i zaciekawienie. 

3. "Harry Potter  " J.K. Rowling - i tym sposobem zamiast jednej książki przemycam aż siedem ;) Ale co ja na to poradzę, że uwielbiam ten świat? I wracam do niego od wielu lat, na wyrywki czytając wybrane tomy. Uwielbiam naszych tłumaczy, którzy odwalili kawał cudownej roboty, bo sam język książki wprowadza magiczną atmosferę. Książka pojawiła się kiedy byłam już dojrzałą nastolatką, bodajże w klasie III liceum albo maturalnej (ja stary rocznik 4-klasowy jestem). I tak ją przez wszystkie lata pochłaniałam, ze kiedy pojawił się ostatni tom poczułam się opuszczona. Trudno, trzeba będzie żyć ze świadomością, że te siedem tomów to wszystko ;)


4. "Błękitny Zamek   " L.M. Montgomery - jak dla mnie żadna Ania się nie umywa do Buby...Książka należąca jeszcze do mojej Mamy, jak widać - zakatowana strasznie przez te lata. Mamie kupiłam nowsze wydanie, sama chciałam być właścicielką właśnie tego zniszczonego biedactwa, które czytałam tyle razy. Miłość, nadzieja, wizja zmian w życiu - wszystkie pozytywne uczucia, które możecie sobie wyobrazić są tutaj!

5. "Prośba o piosenkę  " J. Tuwim - zbiór wierszy mojego kochanego poety. Jak widzicie - mikroskopijny, zawsze w mojej torebce. Do dziś nie wiem, jak on to robił, że każdy jego wiersz tak mnie chwyta za serce...


Nie wiem, czy dotrwałyście do końca wpisu :) Ale serdecznie zapraszam do zabawy. Jestem strasznie ciekawa, jakie Wy wybierzecie pozycje!

Ps. Wczoraj poczułam się jak prawdziwy rodzic - kupiłam mojemu dziecku obwarzanki ;) Smakują zupełnie inaczej niż te z mojego dzieciństwa, ale było to dla mnie niesamowite zatoczenie kręgu od kiedy moi rodzice kupowali 1 listopada nam obwarzanki...


niedziela, 30 października 2011

Trochę słońca i świętości

Ale się za Wami stęskniłam! Dwa tygodnie zawaliły mnie robotą, siedzeniem z pochylonymi plecami, niedosypianiem i brakiem czasu na wszystko. I tak się zdarza, chociaż nie lubię takiego pędu. Ale teraz znowu mogę na chwilę odsapnąć, co mnie cieszy niezrmiernie :)

Dziś chciałabym się z Wami podzielić podróżą... nie moją, niestety, ale jakże piękną w opowieściach! Ja podróżuję palcem po mapie i marzę, a mój Teść marzenie właśnie zrealizował. Ponieważ jest on osobą bardzo wierzącą, od lat marzył o podróży do Ziemi Świętej. I podziwiam go za to, że potrafił to marzenie w końcu zrealizować! Dwa tygodnie spędził podróżując świętymi szlakami, modląc się z sobie tylko znanym zapałem, rozmyślając i umacniając swoją wiarę. Przywiózł opowieści o cudownym miejscu, niesamowitej kulturze, nastawionej w dużej mierze na turystów, ale też o tych tłumach ludzi wierzących, że w tym konkretnie miejscu Anioł zwiastował Maryi, a w innym Jezus wskrzesił Łazarza. 

(zdjęcia pochodzą z książki   "Nasza wizyta w Ziemi Świętej  ")


Wiara czyni cuda, wiara daje siły. Teść też wrócił silniejszy, z rozpalonymi oczami i planami co do następnej pielgrzymki. I z workiem prezentów :)

Otrzymaliśmy piękny album (jak z każdej wyprawy Teścia - dla polonistów album z podróży jest najwspanialszym prezentem) "Nasza wizyta w Ziemi Świętej  ". A że Teść zawsze szuka wydania po polsku, mamy ten komfort, że oprócz oglądania, możemy sobie poczytać. 

Dzięki niemu mogliśmy zobaczyć Morze Martwe...
I pustynię.



Dla dobrego małżeńskiego pożycia przywędrowało aż z Galilei do nas wino weselne. Jeszcze nieotwierane (jestem koszmarnie ciekawa korka, ale czekam na jakąś szczególną okazję).


Z płonieniem prosto z Betlejem przyleciałam do nas świeca. Z podpaloną końcówką, ma wlewać spokój i miłość w domowe zacisze.


Podobno pali się ją tylko w Boże Narodzenie. W tym roku na pewno zapłonie na naszym stole.

A gdyby jeszcze tego było za mało, specjalnie dla mnie Teść wytargował anioła z drzewa oliwkowego, z pięknymi słojami na sukience.


Lubię tak siedzieć i słuchać opowieści o podróżach. Lubię spełniać własne marzenia i podróżować, i zwiedzać... Wszystko inne zniknie, każda pamiątka może się zgubić, a to, co człowiek zobaczy, zawsze będzie jego! Będzie mógł wracać kiedy tylko mu się zamarzy do tych miejsc, które go zachwyciły i nikt mu tego nie zabierze. Ja mam nadzieję, zwiedzić kiedyś Hiszpanię. Potem Szkocję, Norwegię... I każdy zakątek świata! A że to takie duże plany? Trzeba sięgać do gwiazd, bo nawet jeśli spełni się tylko fragment tych marzeń, już będzie to oznaczało świetliste życie. Ja już w te chłodne wieczory planuję kolejne wakacje i góry, góry, góry!!!! :)

A żeby było jeszcze przyjemniej, wygrałam niespodziankę w candy u Any !!!! I jakie piękności do mnie przyszły, cudnie zapakowane, pachnące, niesamowite!


Była jeszcze pięknie zapakowana czekolada, ale... ekhm, ekhm... pożarłam przed zrobieniem zdjęcia ;)

Reszta rozsiadła się w sypialni i cieszy moje oczy. Aniu, jeszcze raz dziękuję!

Lecę teraz zajrzeć w końcu na Wasze blogi, pewnie będę musiała to na dwie tury rozłożyć, ale to nic, bo sama przyjemność wracać po takim czasie. To też dla mnie rodzaj podróży - po Waszych światach :)

niedziela, 16 października 2011

Czekoladowa uciecha i powrót starego przyjaciela


W ogóle nie lubię słodyczy. Ani trochę. Wcale. Dlatego zapewne ciągle ostatnio ślęczę przy piekarniku piekąc, piekąc i jeszcze... piekąc ;) A że kiedy na dworze zaczyna szczypać chłodkiem w policzki i nos, zachciewa mi się czekolady, zrobiłam ciasto czekoladowe. Nie za słodkie, ciężkie, wilgotne i w niewyjaśnionych okolicznościach znikające bardzo szybko!


Chciałam się z wami podzielić przepisem na ciasto wypełniające mieszkanie słodkim zapachem czekolady, poprawiające nastrój i odkładające się na boczkach w uroczy sposób.

CIASTO CZEKOLADOWE

 20 dag gorzkiej czekolady
20 dag masła
2 łyżki mąki
4 jajka
15 dag cukru pudru
szczypta soli

(przepis na tortownicę)

Połamaną czekoladę i masło wkładam do miseczki postawionej na garnku z gotującą się wodą i rozpuszczam. Białka ubijam z solą na sztywno. Żółtka ucieram z cukrem na masę, dodaję mąkę. Do masy dodaję czekoladę rozpuszczoną z masłem i mieszam. Teraz delikatnie dodaję pianę i mieszam. Wlewam ciasto do formy wysmarowanej masłem i oprószonej mąką. Piekę w 170 stopniach przez ok 20-25 min. Czasem zdążę zrobić polewę z połowy czekolady mlecznej i połowy gorzkiej, częściej jednak dekoruję cukrem pudrem i wszystko natychmiast znika :)


Dzisiejszego pięknego dnia do naszego pachnącego czekoladowo mieszkania wrócił mój stary przyjaciel. Długo czekał na powrót, przyznam szczerze, że troszkę o nim zapomniałam. Siedział cichutko, nie narzucając się i smucąc od lat w piwnicy. Dziś mój Mężuś go przyniósł ku mojej ogromnej radości. Był odstraszaczem dziecięcych lęków, zaufanym przyjacielem, któremu można było szeptać na uszko tajemnice, przyjacielem podczas zabaw w piratów. Na herbatkę też przychodził bardzo grzecznie. A nawet nie miał imienia, był po prostu Panem Żółtym. Tak się cieszę, ze do nas wrócił i teraz będzie mógł poznać go mój synek. Myślę, ze jako senior, będzie rządził wśród zabawek :)


Wygląda na całkiem zadowolonego, prawda?

A wy macie jakiś swoich przyjaciół z dzieciństwa, którzy teraz strzegą kogoś mniejszego?

Żeby spalić czekoladowe kalorie, ruszyliśmy naszym zwyczajem na spacer po parku, który dziś przeżywał istne oblężenie wiewiórkowe! Coś niesamowitego, po kilka wiewiórek goniących się między drzewami, głośno chrupiących jakieś smakowitości i zabawnie zakopujących żołędzie. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że je potem znajdują!


Oby ta nasza złota polska jesień została z nami jak najdłużej!

niedziela, 9 października 2011

Leniwa niedziela i prezenty z Babcinego kuferka

Szczerze mówiąc wolę soboty od niedziel. W soboty mam świadomość, że jeszcze jutro jest dzień wolny, jeszcze nacieszę się moimi chłopakami, jeszcze nie muszę zbierać się do pracy. W niedzielę czuję już na karku podmuch nowego tygodnia. Dlatego staram się, żeby niedziele były odświętne, jak najspokojniejsze. Dzisiaj leniliśmy się cudownie przed południem, po mieszkaniu roznosił się na zmianę zapach świeżo zaparzonej kawy Mężuśsława i mojej zielonej herbaty z grejfrutem. Mieszał się z zapachem szarlotki na szybko wczoraj wieczorem poczynionej. 


Przepis na tę najprostszą na świecie sypaną szarlotkę jest w naszej rodzinie odkąd pamiętam. Widziałam natomiast, że już kilka osób na blogach jej spróbowało z przepisu Monique, a że ta zdolna osóbka ma ten sam przepis, który u mnie w rodzinie siedzi, więc odsyłam ciekawych na jej bloga :)

Żeby zrobiło się jeszcze bardziej odświętnie, wyskoczyliśmy w końcu z piżam i kapci i ruszyliśmy na obiad do mojej kochanej Babci. Tak jak wtedy, kiedy byłam małą dziewczynką i każdą niedzielę spędzaliśmy u Dziadków zajadając się pysznym obiadem. Po obiedzie Babcia wciskała nam do garści rodzynki " na lepsze trawienie  ", a Dziadziuś zabierał nas na spacer do lasu.  Mojego najkochańszego Dziadziusia od pięciu lat nie ma z nami, ale Babcia nadal robi iście królewskie obiady. Tylko rodzynki w garści zamieniała na wałówkę dla zapracowanych :)

Kiedy tak sobie leniwie siedzieliśmy po obiedzie, Babcia raptem podskoczyła w fotelu i pobiegła do swojej sypialni. Wróciła z niej z pudłem i zadowolonym uśmiechem. Stwierdziła, że oczy ma już nie te, co dawniej, więc jej to niepotrzebne w ogóle, a mi może się do aniołów czy czego tam chcę przydać. I podarowała mi swoje stare koronki! Całe pudło! Cuda, cudeńka tam są!















Bardzo, bardzo długo nie będę musiała nowych koronek kupować, a wzory mam oryginalne, bo niektóre z młodości Babci jeszcze!

Ale to nie wszystko. Z niewymowną radością wśród koronek znalazłam tasiemki, które pamiętam z mojego dzieciństwa - moja Mama obszywała nimi poszewki i ranty sukienek.



















A ponieważ bardzo dużo tych podarków od Babci dostałam, będę musiała pomyśleć nad podzieleniem się nimi :)

Tak spokojnie i radośnie upłynęła nam kolejna niedziela. Jutro znowu poniedziałek, tydzień znowu minie niezauważenie. Znowu będzie niedziela kolejna, potem następna i następna. Nie wiem jak Wy, ale ja strasznie staram się zapamiętywać i odczuwać spokój tych niedziel, bo mam wrażenie, że jakbym tego nie robiła, to umykałyby mi gdzieś w pośpiechu zupełnie niezauważone...

wtorek, 4 października 2011

"Strofy o późnym lecie "

Pierwszy raz nie odpisałam wszystkim Wam na komentarze pod poprzednim postem. Chciałam podziękować Wam wszystkim - kochanym duszyczkom, które tak ciepło przyjęły zdjęcia mojego pokoju. Nawet nie wiecie, jak mi się ciepło na serduchu zrobiło! Cieszę się ogromnie, że czujecie w nim ciepło i duszę - może dlatego, że w tych ścianach siedzi nasz codzienny śmiech? :) Codziennie zaskakuje mnie to, jak niesamowicie pozytywny jest blogowy świat - dziękuję Wam!

A u mnie zrobiło się jesiennie. Chodzę po złocistych ścieżkach pobliskiego lasku, przynoszę do domu skarby jesieni i pod nosem recytuję mojego kochanego Tuwima. On tak cudownie ubiera w słowa to, co czuję...

























 "Zobacz, ile jesieni!
Pełno jak w cebrze wina,
A to dopiero początek,
Dopiero się zaczyna.

Nazłociło się liści,
Że koszami nosić,
A trawa taka bujna,
Aż się prosi, by kosić.

























Lato w butelki rozlane, 
Na półkach słodem się burzy.
Zaraz korki wysadzi,
Już nie wytrzyma dłużej.

A tu uwiądem narasta
Winna, jabłeczna pora,
Czerwienna, trawiasta, liściasta,
W szkle pękatego gąsiora.

























(...)
Obłoki leżą w stawie
Jak płatki w szklance wody.
Laską pluskam ostrożnie,
Aby nie zmącić pogody.

























Słońce głęboko weszło
W wodę, we mnie i w ziemię,
Wiatr nam oczy przymyka.
Ciepłem przejęty drzemię.


















(...)
Wypiję kwartę jesieni,
Do parku pustego wrócę,
Na zimną, ciemną ziemię
Pod jasny księżyc się rzucę. " 

J. Tuwim 
"Strofy o późnej jesieni  "

























I tak ta jesień za mną chodzi, wędruje po całym mieszkaniu, zapach przynosi... Może infantylnie, ale kocham, kocham jesień!

sobota, 24 września 2011

Zapraszamy na salony

Napatrzyłam się na Wasze mieszkania. Na te stylizowane cudeńka, na przecierki, które olśniewają! I podobają mi się one niesamowicie. Ale moje mieszkanie wygląda inaczej, hmmm, mniej magicznie, normalniej. A kocham je miłością człowieka, który znalazł swoją przystań w życiu...

Mieszkam w gnieździe malutkim na ostatnim piętrze. Długo, oj długo nosiłam się z zamiarem zaproszenia Was do siebie. Troszkę ze strachu chyba :) Ale dziś chciałabym się z Wami podzielić kawałkiem mojego życia. Moje odpoczynku po pracy, leniwych wieczorów, śmiechu przy niedzielnym śniadaniu. Nie wszystko jest dokładnie takie, jakie chcieliśmy, jeszcze nie :) Kilku rzeczy nie znaleźliśmy, niektóre są jeszcze niedopieszczone, ale tak oto prezentuje się mój mały (całe 20 m2) kącik.


 Jeżeli ktoś pamięta - uwielbiam lata 50. Przy wyborze mebli kierowaliśmy się właśnie tą wspólną miłością - miały być zaokrąglone brzegi i prostota. I do dnia dzisiejszego nie możemy się zdecydować na płaski tv - ten z "dupką" jakoś nam pasuje do wnętrza ;)


Zdjęcia z cudownego pobytu w Gdańsku - dawne czasy, a tyle wspaniałych wspomnień!

Serwetka z Koniakowa - moja ukochana, wypieszczona ozdoba komody. Do tego Zdekupażowany (nie ma jak spolszczenia) kuferek na ogromną ilość korali, jaką posiadam. I budzik ślubny, również w prostej stylistyce lat 50.

























Na szafie rozkokosiło się stare radio - Proca uwielbia się koło niego wylegiwać!


















Pokoju strzegą dwa anioły, i to wcale nie zrobione przeze mnie. Jeden przywieziony z podróży poślubnej, drugi - ręczna robota ludowego artysty z odpustu. 

























Kiedy kupiliśmy mieszkanie, półki już w pokoju były. Początkowo chcieliśmy je usunąć,  w końcu jednak zostały. I powiem szczerze, że na razie służą nam całkiem nieźle.

Mieszkanie spodobało nam się również ze względu na stare, niemodne już ułożenie parkietu z małych klepek - parkiet jest w każdym pokoju, a nam pasował do koncepcji mieszkania. Pokój zapewne w przyszłym roku będzie odświeżany, ale i tak chcemy zostawić żółty kolor ścian, tylko wybrać bardziej rozbielony odcień.

Co do szczegółów w pokoju - zostały opisane we wcześniejszym poście.

Tak oto prezentuje się moje miejsce odpoczynku. Nic oryginalnego może, ale ciepłe, wygodne i skrojone na miarę naszych blokowych możliwości :) Niedługo zagoszczą w nim jeszcze jesienne ozdoby, trochę ożyje czerwienią jarzębiny.

A wiecie, dlaczego ten "salon" jest taki ukochany? Bo od A do Z cały nasz :) Pozdrawiam serdecznie czytaczy, podglądaczy i komentatorów kochanych, tych ostatnich w szczególności :*